niedziela, 8 czerwca 2008

Szepcząca

Wiatr wiał bardzo delikatnie...jednak na tyle znacząco że myśli same się ku niemu kierowały. Podróżował we włosach...dotykał twarzy...patrzył na całą Jej postać.

Ciemny Las nie byłby może zbyt dobrym miejscem do marzeń...ale tutaj czuła że myśli nie bolą, nie układają się, nie biegną...płyną po prostu i nie zabierają uwagi.

Zaśmiała się cicho...wiatr porywał każdy niemal dźwięk jaki z siebie wydawała i niósł tam gdzie jej myśli i melodie nie próbowały dotrzeć.

Słońce ledwie że przeświecało przez gęste korony drzew...było chłodno i lekko... padające gdzieniegdzie jasne promyki przywodziły na myśl mozaiki świątynne...takie piękne że Pałac wydawać by się mógł marnym...Zresztą - pomyślała. - Jest marny w porównaniu z tym królestwem.

Rozciągnęła się na trawie.

Bogactwo zapachów było nie zmierzone...wszystkie zapachy razem i każdy z osobna tworzyły przyjemną harmonię...operę doznań. Bez żadnego fałszu, dysonansu...Idealny utwór - zanuciła cicho pod nosem.- Zapach życia - dodała. Rzeczywiście, zapachy wiosny w lesie były bardzo słodkie...przywodziły na myśl chęć zycia i odganiały troski.

Trawa była wręcz jedwabista, gęsta i gruba. Miękka. Taka, że przytulając do niej policzek myślało się o przyjemnej drzemce.

Rozległ się śpiew ptaka. Chciałoby się powiedzieć " nagle " jednak śpiew ten był cichy i melodyjny, taki naturalny że nie potrafiła sprecyzować i nazwać momentu w którym go usłyszała. Pieśń była pełna refleksji, i smutnej nuty...takiego smutku często szukała w ludziach. I najczęściej znajdywała go.

Nazywała go smutkiem życia. Żyjąc w Pałacu miała na ogół wszystkiego pod dostatkiem. Przechadzki do Ciemnego Lasy też miały swój urok. Jednak cały czas czaił się w niej głęboko ten "smutek życia". Nie była to melancholia...ani depresja...tylko takie jak gdyby ziarno.

Pierwiastek niepowodzenia.

Miała pewien szczególny dar...przyjmowała świat jako muzykę...a innych ludzi jako osobne opery które czasem brzmiąc razem z nią wprowadzały dysonanse.

Szczególne chwile kiedy zwracała się do swojego Dyrygenta nazywała "modlitwą". Była wtedy szczęśliwa. Czuła że ktoś słucha jej z najwyższą uwagą...rozumie jej pieśń i nie próbuje przerywać...zmieniać czy wprowadzać inne tony.

Muzyka Ciemnego Lasu była bardzo bogata. Bywały momenty kiedy zdawało jej się że las wchłaniał muzykę innych...koił i przekazywał dalej...bogatszą o coś rzadkiego. O spokój.

Słuchając pieśni ptaka rozmyślała o Pałacu...Zamku...Siedzibie...nie umiała nazwać go domem. Czuła że on Nim jest ale...nie chciała tego przyznać.

Ciemny Las był prawdziwy i za to go kochała. Nie miał w sobie SZTUCZNOŚCI...tchnął autentycznością. Miał pewne tajemnice ale dzięki temu zyskiwał smak...urok. Inne lasy pielęgnowane przez Ogrodników nie podobały się jej. Były przewidywalne i uregulowane. Bez magii.

Ciemny Las był miejscem które zwykli ludzie nazywaliby "odskocznią od rzeczywistości".


Szepcząca westchnęła cicho. Czasami czuła że zbyt częste przebywanie w lesie będzie bolesne w Powrotach.


Ale póki co słuchała symfonii.

Dźwięków.



I było....dobrze?



____
Stare...ale przez sentyment uwielbiam wracać :)

0 komentarze: