I to mnie natchnęło do opisania tutaj pewnego mojego świadomego snu.
Kiedyś już próbowałam to opisać...(Vanaheimdall'owi pierwszemu:) ) dzięki temu teraz mi łatwiej.
"Czas zaciera czasem ścieżki pamięci..."
Co to "świadomy sen" zapytacie? A ot tutaj małe info.
a teraz do dzieła! :D
Neskaaaafeeejjjii !! Ołp-en aaaap Ołp-en aaaap
Tę maksymę na początek weźcie sobie do serca :)
Nie żeby była specjalnie ważna...
Okolicznościowa jest.
Sen opowiem calusieńki, więc rychtujcie się na nudy, bo ja nie mam tego daru żeby opowiadać tak ze coś jak żywe staje przed oczami.
Opiszę nieco na początek mój dom, bo tam się cala akcyja zaczyna...
Mieszkam sobie w piętrowym domu z cegły, ze strychem, piwnicami i balkonem. Dookoła domu jest ogródek, dość duży (z czego się cieszę niezmiernie - elementy zielone są mi do dychania niezbędne -- nie tylko z biologicznego punktu widzenia --- ale odchodzę chyba powoli od tematu :P ) kiedyś jak robiłam tr (testy rzeczywistości), to najczęściej polegały na patrzeniu na rękę i sprawdzaniu czy moja ręka mi nie 'pływa' albo się nie 'mutuje' i na chodzeniu po całym domu i sprawdzaniu czy wszystko jest prawdziwe.
Tak w sumie to LD z prawdziwego zdarzenia udało mi się może...1, może 2...
To było już ho hoo temu.
W każdym razie ten mój ulubiony LD
(tak jakby nie wiadomo ile ich było:D) zaczął się jak zwykły taki mój jeden sen (mam parę takich które mi się powtarzają, i potem ma się te dziwne poczucie deja-vu, teraz nie jestem w stanie przytoczyć żadnego z tych powtarzających się, ale wiem ze są, bo jak zaczynam je śnić to wiem co zdarzy się dalej).
Chodziłam po ogródku i dotykałam liści drzew. Mógłby to być zwykły sen, z którego potem pamięta się urywki, ale dotyk tych liści był bardzo ... hm... ludzki. Tak jakby czyjeś ręce mnie dotykały, albo jakbym ja dotykała czyjejś skóry. Nie był to ten moment snu kiedy jest takie *pyk* i czuje się że wszystkie sznurki do tkania rzeczywistości ma się w garści, tylko taka jakby...drażniąca namiastka bym powiedziała. Potem wchodziłam po schodach przez piwnice (tek...tek...norymalną piwnicę mam, nie lochy) kiedy weszłam do przedpokoju, gdzie wisiało (teraz wisi u mnie na górze) stare lustro w drewnianej garderobie, poczułam ze powietrze tak 'elektrycznie' pachnie.
Wtedy zrobiłam tr i wsadziłam rękę w lustro.
Weszła do środka aż po ramię, i to było takie...'smukłe' uczucie. Wyobraźcie sobie... SMUKŁOŚĆ sunie WAM po ręce i cala tą rękę oplata, uczucie podobne do tego jak wsadzasz rękę do wody, tylko ze bardziej, pełne i takie ...niemokre tyż, i takie no ach.
Wtedy byłam już pewna ze śnię LD i wiedziałam że mam w ręce tą pełnaaaaa kontrrrollę nad wszystkimi i wszystkim. Wiedziałam ze mogę zrobić, stworzyć, zabić, zbudować, urodzić, ożywić, zniszczyć, wyśpiewać, narysować...no zrobić wszystko. Cokolwiek zechce.
Zaczęłam się przechadzać po całym domu (który był pusty, jedynie w innym LD raz przyśniłam sobie dziadka [nie jestem pewna tak do końca czy ja sama to zrobiłam] a tak rodziny niet, ani ludzia żadnego) i zaczęłam go 'urządzać' na różne przeróżne sposoby (kiedyś namiętnie grałam w Simsy i te zboczenie zostało mi aż do dzis - o! macie jedno z moich skrzywień, mam hopla na punkcie urządzania domów, mieszkań, pokoi itepe). Niby zwyczajna rzecz... ale na skinienie palca przesuwałam ściany, zmieniałam kształt okien, kolor ścian, ich grubość, powierzchnie, wszystko. Kiedy nacieszyłam sie tym urządzaniem domu, to wyszłam na balkon. Ha..! ależ ja ten balkon odstawiłam wtedy...był półokrągły, wyłożony czarnym marmurem ze złotymi żyłkami; kutą, grubą, masywną balustradą. A od brzegów zaczynały się skały, które sięgały w głąb przepaści...może nie przepaści jako głębi takiej takiej, tylko ...hm, widok zrobiłam taki jak z zamglonych 3 Koron, ze szczytu górskiego (nie wiem czy wiecie, ale ja się bardzo boje
Wtedy wyrosłam sobie skrzydła...takie wielkie, czarne, pierzaste, miękkie, ciepłe, otulające, mocne, takie..ach. To było, ten moment wyrastania skrzydeł, niesamowitym przeżyciem.
Zabrzmi może górnolotnie i szumnie, ale to było takie uczucie jakby z pleców wyrastało spełnienie marzeń ;]
Stanęłam sobie na tej balustradzie i spojrzałam w dól (...i nie czułam wtedy strachu, tylko takie 'ciągnięcie' przez tą głębokość, takie jakby przyzywanie) i Skoczyłam! Leciałam w dół tak szybko, że myślałam ze się obudzę, bo wokoło rzeczywistość zaczęła się rwać na kawałki. (to chyba ten strach jednak w jakiejś postaci był).
...Rozwinęłam skrzydła i Poleciałam...eeehhh, dla tego momentu mogłabym trwać w LD cały czas i się nie budzić :) Niektórzy pewnie woleliby latanie bez skrzydeł, ale ja chyba bym się bez tego nie obeszła. Nie chcę i nie mam zamiaru odmawiać sobie tej przyjemności, to aż ekstaza jest ^___^ .
Poza tym ten podmuch wiatru z każdym poruszeniem skrzydeł, ten ruch przy plecach, to że można będąc nagim otulić się swoimi skrzydłami i czuć się tak jakby ciało oplatały ciepłe...ciepłe...hm....nie nazwę tego; i to jak wychodzi się z wody i macha tak mocno skrzydłami żeby strząsnąć kropelki wody...to jest ach ach. :]
Latałam długo.
Pod wiatr, w pełnym słońcu, z deszczem i w burzy, aż do nocy.
A jak noc potrafi być piękna...
Mrok był taki atramentowy, intensywny, nasycony, ale nie pochłaniający wszystko, to była ciemność która można podziwiać i się nią zachwycać. Taka hm..głębia nocy. Ach ach ^^
Poleciałam na zamek. Duży, ponury i mhhroczny zamek. W tym zamku uwięziłam dwie postacie. Jedną był... hm... i tu mam znów problem jak opisać, ktoś w rodzaju olbrzyma, ale nie do końca. Ten Istot miał jakieś ja wiem.. tak na oko 2,5 m wzrostu i był bardzo atletycznie zbudowany, muskularny, miał takie mięśnie że jakby kogos to kręciło to by sobie pomyślał ze nic tylko, macać i macać...
I tego zamknęłam w lochach, z których rycząc cały czas próbował się wydostać. Drugą postacią był wąpierz :] Ale inny niż moje...hm, standardowe wyobrażenie o wampirach. Był ciepły, przede wszystkim był ciepły, i nie miał w oczach takiej pustoty tylko takowe zmysłowe ogniki, cały emanował wampirzym urokiem, takim hipnotyzującym i władczym.
(nie...to nie pod wpływem Sagi Zmierzchu, ten sen śniłam dobre 6 lat temu)
Kiedy weszłam do jego komnaty objął mnie w taki sposób, ze mogłam cały czas patrzeć na jego kły. I z całego jego wyglądu chyba tylko te kły miały w sobie coś złowieszczego.
Ugryzł mnie w szyje tak po wąpierzemu ... i to uczucie tez było, hm...dogłębne. Kiedy gryzł czułam ból który nie dawał o sobie zapomnieć i jednocześnie takie...hm hm hm...drążące drażniące ...hm...czerpanie. (o! gryfne słowo - pasuje jak wtyczka do gniazdka) Czułam jak pił moją krew. I tu będę musiała zepsuć nastrój (jeśli jakiś w ogóle był) bo widok wampira krztuszącego się i wijącego się na podłodze był...wysoce...hm może nie zabawny ani pocieszny tylko taki jakiś...nie wpisujący się w konwencję ;]
A ten wampir wił się w tych bólach takich bo się rodził, wracał do życia dzięki mojej krwi, co chyba nie bardzo mu się uśmiechało...a może i tak..
Potem zeszłam do lochów do tego Istota o którym wcześniej pisałam. W lochach podeszłam do dużych drewnianych drzwi w które Istot walił z całej siły chcąc się wydostać...pamiętam ze cieszyłam się jak dziecko, bo wiedziałam ze jak odepnę łańcuchy to zacznie mnie gonić.
I gonił.
takiej adrenaliny kiedy uciekasz przed czymś z własnej woli i wiesz ze masz nad tym kontrolę i WIESZ ze to ty sam zdecydowałeś o tym ze taki olbrzymo-demon cie goni i uciekasz przed śmiercią z jego rak...takiej adrenaliny nie da się z niczym porównać.
Gonił mnie długo aż douciekliśmy do mojego domu.
Kiedy biegłam po schodach stwierdziłam ze czas sie obudzić i wskoczyłam w lustro cała.
Na co nie byłam przygotowana (i do dziś dnia nie wiem dlaczego tak było) to cholerny ból. Nie taki zwyczajny fizyczno-cielesny ale taki...destruktywny, rozdzierający, wszechobecny. Pierwsze co sobie wtedy pomyślałam to było to ze tak musi wyglądać śmierć (duszy czy ciała, zależy w co się wierzy). ze tak się umiera, ze tak wygląda moment śmierci. Wtedy się przeraziłam tak że obudziłam się do rzeczywistości.
I był ranek.
Żałuję, naprawdę żałuję ze nie mam talentu pisarza żeby opowiedzieć wszystko tak jak to czułam, jak przeżywałam - tak żeby osoba która będzie to czytać, też to odczuła w taki sposób.
1 komentarze:
Za-je-bis-te! Ale wywalony w kosmos LD! :D Oj, już nie pamiętam sama, kiedy jakiś miałam, bo bawiłam się w to często i uskuteczniałam latanie ze skrzydłami również. Ale takiego rozbudowanego i długiego nie miałam nigdy.
Najfajniejsze co kiedyś robiłam, to stwarzanie sobie w dłoni motylków i biedronek :) A i kiedyś jeszcze "wyrosłam" drzewko z orzecha. Leżał sobie na balkonie orzech włoski i dłonią kazałam mu rosnąć.
Ale to było dawno. Ostatnio nie miewam LD. Nawet się nie staram szczerze mówiąc. Ale ze względu na zaawansowaną ciążę i bóle pleców teraz i tak śpię marnie, budząc się po kilka razy.
Aleś mi teraz przypomniała... rozmarzyłam się, może czas znów popróbować...:)
Prześlij komentarz