wtorek, 17 sierpnia 2010

stary ale jary sen

Sny bywają dziwne.

Nieraz, kiedy się budzę, mam wrażenie że... Hm, robię coś właśnie odwrotnego. Tak jakby rzeczywistość była mniej realna niż sny. Tak też było z tym snem, tyle że był...nieco nieprawdopodobny.

Tak ciapeńkie.

Zaczęło się od ciemności i dudniącego tak jakby w oddali dźwięku dzwonów kościelnych. Zobaczyłam mały, jasny punkt który z każdą chwilą stawał się coraz większy (takie coś w stylu „długi tunel a na końcu światło"). Szłam w procesji kapłanów do wielkiej starej katedry. No niby nic, chciałoby się powiedzieć, ale ja też byłam kapłanką. Księdzą. Byłam odziana w ornat, takim sam jaki mieli inni księża, z tym że chyba tylko mnie bolał tak okropnie brzuch.

Byłam pierwszą kobietą-kapłanką w tej wierze. Nie wiem jaka wiara to była, coś chyba jak katolicyzm bo ogólnie było przyjęte że kobiety księdzem być nie mogą. To było bardzo stresujące, choć czułam że właściwe w jakiś sposób.

W drzwiach wejściowych katedry upadłam i nie mogłam wstać. Wszyscy kapłani byli przerażeni, myśleli że zemdlałam i cała ceremonia nie będzie mogła się odbyć. Powietrze miało dziwny posmak, kiedy oddychałam, miałam wrażenie że gdzieś wysoko nade mną krążą czarne jak smoła kruki, czekające na moją śmierć. Powoli wstałam, co wprawiło kapłanów w wielką radość, ja jednak byłam przerażona. Jedynie młody diakon zauważył mój strach, wziął mnie pod rękę i powiedział, żebym się nie martwiła bo wszystko będzie dobrze. Kiedy weszliśmy do prezbiterium to usiedliśmy dookoła ołtarza, każdy z celebrujących na swoim miejscu. Mszę zaczął odprawiać jakiś młody ksiądz, a mnie cały czas niemożliwie bolał brzuch. Nadeszła moja kolej, wstałam i podeszłam do ołtarza. Rzuciłam spojrzenie na ludzi obecnych na tej mszy i zorientowałam się, że ich oczy są całe czarne i lśniące, jak oczy kosmitów. Patrzyli na mnie jak na czarownicę która powinna spłonąć na stosie. Zaczęli rzucać we mnie kamieniami, ale żaden z nich we mnie nie trafił i każdy z tych kamieni zamieniał się w kruka, który próbował wydziobać mi oczy. Wszyscy kapłani, oprócz tego młodego diakona, uciekli do zakrystii a katedra opustoszała, Ci ludzie po kolei znikali tak jakby nad każdym z nich gasło światło, i zapadła ciemność, taka złowroga, o której się wie, że coś w niej się musi czaić. Tylko jeden snop światła padał na mnie, stojącą przy ołtarzu. Z zakrystii powoli wychodzili wszyscy kapłani, i otoczyli mnie i diakona. Jeden z nich podniósł rękę i unieruchomiona uniosłam się w powietrzu, i ta taka niewidzialna siła położyła mnie na ołtarzu, po chwili jakieś łańcuchy otoczyły moje nadgarstki i kostki, byłam uwięziona. Nie mogłam się nijak ruszyć. Diakon przytrzymywany przez kapłanów próbował się wyrwać, ale nie mógł mi pomóc. Inny kapłan wziął sztylet, który wyglądał na wykonany z czarnego marmuru, błyszcząc złowieszczo. Uderzające było to że już nie czułam strachu. Kapłan naciął moje żyły na nadgarstkach; czułam jak powoli wypływała ze mnie krew, ale w dalszym ciągu nie czułam bólu. Czułam, widziałam, jak nacięcia same się powiększają i krew leje się coraz obficiej, słyszałam też jak spływając z ołtarza kapie na posadzkę. Moje ciało czuło się coraz bardziej senne, ale umysł i zmysły percepcji wyostrzały się do granic możliwości. Krew płynęła nieprzerwanie, opływała skraj szat kapłanów ze spuszczonymi głowami, spływała po schodkach dalej, do wszystkich naw katedry. Nagle przez katedrę przebiegł impuls, taki który zaczynał się we mnie i jak nova rozchodził się wokoło. Wiedziałam że w realnym czasie trwało to ułamek sekundy, ale przed moimi oczami działo się w zwolnionym tempie. Wraz z impulsem przenosiłam się w inny wymiar. Wszystko było takie same, tyle że czarno-białe i jakby urywające się na krawędziach ale tkwiące w jednym miejscu. Jeden tylko element był nowy.

Nade mną, jakieś dziesięć metrów tkwił nieruchomo ogromny kruk, z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Wpatrywał się we mnie, a raczej wwiercał wzrokiem w moje oczy. Jego ślepia były jadowicie zielone, ciemnozielone, miały taki trujący wyraz, nie pogardliwy ani też nie czuły, tylko...taki...hipnotyzujący troszkę. Kiedy źrenice mu się rozszerzyły, ołtarz razem ze mną zaczął wznosić się ku górze, a kiedy już prawie dotarłam do kruka runęłam w dół i wróciłam do poprzedniego wymiaru. Tyle że znów tkwiłam w drzwiach kościoła, tak jak w momencie upadku. Poczułam jak czyjeś ręce mnie podnoszą. Kiedy stałam już na nogach, chciałam mu podziękować ale nie mogłam wykrztusić z siebie ani jednego słowa.

Na ornacie diakona było wyszyte czarne pióro, którego tam wcześniej nie było. Spojrzałam mu w oczy, ale były czarne i puste, tak jak oczy ludzi w katedrze, a sam diakon uśmiechał się pogardliwie.

0 komentarze: